Od Luny:
Szkoda gadać...Już bez Elzy krucho u mnie z samokontrolą,a teraz?
Gdy wpadłam do klatki przyfasoliłam głową w kraty.
-Ał!
Usiadłam masując głowę.Otaczała mnie mnie grupka wilków.Po chwili podbiegła do mnie Róża z kilkoma pozostałymi.Warknęłam.Zza krat przypatrywała mi się Kler.
-I co teraz?-spytała nie odrywając ode mnie wzroku.
-Nie wiem...-odparł Rubin.
-Jak długo możecie ją tak utrzymać?
-Pożyjemy zobaczymy.-odpowiedziała jej Sascha-Ale tak teoretycznie do puki będziemy przytomni.
-Zaczekam.-odpowiedziałam spokojnie.
Większość wilków odeszła.Jedni się naradzali inni natomiast poszli w swoją stronę,a godziny mijały.Ja siedziałam sobie spokojnie w klatce.Powoli zapadał zmrok.Wtedy otworzyłam szerzej oczy i przyjrzałam się uważnie pilnującym mnie wilkom.Rubin i Sascha byli nadal skupieni i jeszcze nie znużeni.Położyłam się więc i zasnęłam.
Gdy się obudziłam była może druga..?Rubin wyglądał na sennego lecz Sascha,choć z podwójnym wysiłkiem nadal podtrzymywała zaklęcie.Ziewnęłam.
-Jak tam zdrówko?-spytałam z uśmiechem.
-Dobrze.-mruknęła-A u ciebie?
-Jak widać-powiedziałam przeciągając się-Rubin?Jak tam nerwy?Nadal sprawne?
-Noo...-mrukną.
Uśmiechnęłam się.Rubin już wymiękał.Było to słychać w jego głosie.
Położyłam się jeszcze raz i zasnęłam.
Już świtało gdy znów otworzyłam oczy.Byłam trzeźwa i wypoczęta.Na noc zostali tylko Sascha i Rubin,ale on już spał. Sascha ledwo trzymała się na łapach.Jednak wciąż odczuwałam działanie zaklęć.
-Stalowe nerwy...-skomentowałam.
-Milcz...-mruknęła.
Pod klatkę podszedł Mike.Zaraz potem Kler i Cristal.
-Masz to?-spytała pośpiesznie Kler Cristal.
-Nie,ale Dante i Winter są już na tropie.
-Myślisz że się wyrobią?
-Nie wiem...
-O czym mówicie?-spytałam.
Nie otrzymałam jednak odpowiedzi.Naglę poczułam swobodę.Obejrzałam się na lewo.
Sascha leżała płasko na ziemi.Uśmiechnęłam się do wilków zebranych wokół.Zrobiłam krok w tył i nakazałam roślinie obok oplątać zawiasy.Następnie z całej siły naparłam na furtkę.Nie udało się.Ktoś jeszcze próbował podtrzymać zaklęcie lecz ktoś słabszy...Zauważyłam że Kler i Cristal są jakieś spięte.
-Co?Bawimy się w magów?
Potem wzięłam największy możliwy rozpęd i zderzyłam się z furtką.
Zawiasy puściły,a ja wypadłam na trawę.Wpadłabym na Mike'a gdyby w ostatniej chwili nie przeniósł się do cienia Kler.Wyprostowałam się i zmierzyłam wzrokiem całą trójkę(nie liczę tych nieprzytomnych).Mike próbował mnie znów sprowokować,ale po nocy spędzonej w takim nastroju...no cóż...
-No to na czym stanęło?-spytałam-Mike nie umiesz walczyć normalnie?Tylko poprzez cień?Kiedyśmy ostatnio mieli potyczkę?A no tak, nad jeziorem!Wcześniej mnie napadłeś po tym jak nie udały ci się przeprosiny.A no i jeszcze kiedyś dręczyły mnie koszmary, z tobą w roli głównej!Bałam się ciebie.Jednakże teraz...Teraz nie wydajesz mi się taki...taki...groźny.
-Jakoś to przeboleje.-odparł z uśmiechem.
-Starczy tego.Mam już tego wszystkiego dosyć.Tych wszystkich demonów..z jednym tylko wyjątkiem..Elzy..Ona dała mi to o czym marzyłam.
-Ambitne.-skomentował-Stać się marionetką psychopatki...Tak na pewno wiele osób przed tobą o tym marzyło.
Uśmiechnęłam się.
-Nadal nie zmierzyliśmy się w równej walce...-mruknęłam ponuro.
-Co?
-Zawsze miałeś nade mną jakąś przewagę.
-No...w sumie zawsze...A myślisz że teraz będzie równa?
-Nie. Nigdy nie będzie.
Wtedy wpadł na mnie Zek z jakimś idiotycznym okrzykiem.Przewrócił mnie.Odtrąciłam basiora.Ledwo wstałam a z góry runą na mnie Dante zarzucając mi na szyję jakiś naszyjnik.
Zesztywniałam.Naglę zakręciło mi się w głowie.Upadłam na ziemię.
Gdy się ocknęłam byłam w mojej jaskini...sama.Była czysta odkurzona.Czułam się jakoś inaczej...normalnie...chyba tak to się nazywa....a z resztą teraz wszystko wydawało się inne.Spojrzałam na to coś co wciśnięto mi na szyję.Był to sznurek z przymocowanym piórem.Żółtawo,czerwono,pomarańczowym.Wstałam i wyszłam z jaskini.Nikogo nie było w pobliżu zdawało mi się że to sen,ale po chwili zobaczyłam kogoś wśród zarośli.Chwilę zajęło mi zorientowanie się że to Róża.
Podbiegła do mnie pośpiesznie.
-Luna?Dobrze się czujesz?
-Nie znoszę wisiorków...-skomentowałam ponuro-ale oprócz tego w porządku.
-To dobrze...
-Wiem,ale czy Elza...
-Chyba nie.
-Mniejsza o to.Głodna jestem.
Siostra roześmiała się tylko i wyciągnęła z zagłębienia w ścianie świeżo upolowanego zająca.
-Węch ci się pogorszył?-roześmiała się.
Już od dawna nie widziałam jej w tak dobrym nastroju.Odbiegła,a ja z apetytem i w pośpiechu spałaszowałam zwierze.Wybiegłam z jaskini w wskoczyłam na moją gałąź.Objęłam konar drzewa i ułożyłam się wygodnie na moim ukochanym miejscu...
,,Wszędzie dobrze ,ale na drzewie najlepiej"pomyślałam zamykając oczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz